Smak podróży: Azja

- Cook & go, Kuchnia chińska, Kuchnia japońska

Po raz kolejny zabieramy Was w podróż po świecie kuchni, tym razem u boku Jacka 木人 Adamusa – japonisty, podróżnika, pisarza. To człowiek zafascynowany otaczającym go światem, odkrywca i poszukiwacz przygód w prozaicznej na pierwszy rzut oka rzeczywistości. W czasie rocznego pobytu na chińskim uniwersytecie miał okazję pogłębić swoją wiedzę na temat azjatyckiego tygrysa. Wrażenia opisał w książce pt. „Państwo Środka od środka. Za Chińskim Murem” oraz na blogu Niebo gwiaździste nade mną. Opowieść Jacka jest również pretekstem do zapoznania Was z „Czanieckim wege bentō” autorstwa Pauliny Widbek, zwyciężczyni naszego kulinarno-podróżniczego konkursu „Wszechsmaki”. Przepis opublikujemy jeszcze w tym tygodniu. Tymczasem pakujcie się na wygodny fotel, Azja czeka!

Azja

Wielki (i mniejszy) Budda z Kamakury. Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Oddajemy głos naszemu bohaterowi: Podróże są jedną z moich największych pasji. Odcięty od nich na dłuższy czas zaczynam się czuć niczym zaśniedziały posąg. Nie oznacza to, że nadają one mojemu życiu sens; pozwalają go jednak lepiej zrozumieć. W końcu od celu ważniejsza jest sama droga. Najbardziej stymulującymi z dotychczasowych wypraw okazały się te do krajów wywodzących się z innych kręgów kulturowych. Choć z racji wykształcenia (jestem japonistą) charakter  Dalekiego Wschodu nie był dla mnie enigmą, azjatycka rzeczywistość okazała się dalece bardziej pasjonująca niż oczekiwałem.

Spotkanie z Gundamem w Tokio. Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Spotkanie z Gundamem w Tokio. Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Patrząc z dystansu na odbyte już eskapady, dochodzę do wniosku, że lubię zostać rzuconym na głęboką wodę i siłą rzeczy być zmuszonym do poznawania niczym małe dziecko otaczającego mnie, czasami niezrozumiałego świata. Lubię być zdanym na łaskę lokalnej ludności i wejść z nimi w bliższą interakcję, przebić się choć na chwilę do rzeczywistości, w której żyją. Już jakiś czas temu zrozumiałem, że niekiedy funkcjonujemy w całkowicie odmiennym świecie, inaczej definiujemy tak podstawowe wydawałoby się abstrakty jak ja, życie czy szczęście. Ubieramy się w różne stroje, śmiejemy się z innych dowcipów i wyznaczamy sobie nierzadko sprzeczne cele. Wszyscy jednak lubimy smacznie zjeść.

Jemy takoyaki! Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Jemy takoyaki! Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Ośmiornica, ryba fugu i słodycz fasoli

W czasie dwumiesięcznej podróży autostopem po Japonii zaskoczyło mnie to, że często byłem zapraszany przez zgarniające mnie z pobocza osoby na darmowy obiad czy kolację. Tubylcy niejednokrotnie tłumaczyli, że po prostu chcą pokazać mi, co ich ojczyzna ma najsmaczniejszego do zaoferowania. Z dumą prezentowali więc surowe ryby, niezmiennie pyszny ryż i makarony, zupy oraz wszelkiej maści owoce morza. Dzięki nim zachwyciłem się po raz pierwszy ośmiornicą, niesamowicie delikatnym mięsem toksycznej ryby fugu i ciekawymi w smaku słodyczami z fasoli. Trafiały się również i przykre niespodzianki, jak małże, ślimaki morskie i sfermentowana soja nattō.

Takoyaki, makaron sanuki udon, onigiri

Ciekawym było obserwowanie zmieniającego się w czasie tułaczki krajobrazu lokalnych specjałów. Osaka już zawsze będzie mi się kojarzyć z takoyaki (ośmiornicą w cieście), a Kagawa z przepysznym makaronem sanuki udon. Nie gorsze okazały się sprzedawane w każdym rejonie Japonii przekąski typu onigiri – ryżowe trójkąty z nadzieniem – i bentō, czyli sprzedawane w plastikowych pudełeczkach zestawy obiadowe.

Obrzędy religinjne w Japonii

Obrzędy religinjne w Kioto. Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

4 000 kilometrów

Na cztery tysiące przejechanych przeze mnie na wyspach kilometrów złożyła się niezliczona ilość niezapomnianych miejsc. Na jednym wdechu czuję się zobowiązany wspomnieć o Kioto z klimatycznymi świątyniami i ogrodami, urzekającej parkiem z danielami Narze, eterycznej Kamakurze, rozświetlonym Tokio, potężnej górze Fuji, Himeji z górującym nad nim Zamkiem Białej Czapli, skłaniającej do zadumy Hiroshimie, piekielnie gorącym Beppu i mistycznym Nikko. Z każdym z tych miejsc wiąże się osobna historia i pakiet budujących doświadczeń, o których chciałbym kiedyś szerzej opowiedzieć. Spędzony w Japonii czas sprawił, że straciłem głowę dla tamtejszej kuchni. Wspomnienie jej delikatnego (a zarazem niespodziewanie wyraźnego) smaku po dziś dzień sprawia, że wpadam w błogi, nostalgiczny nastój.

Na szczycie Góry Fuji. Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Na szczycie Góry Fuji. Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Chiny od kuchni

Ku mojemu zdziwieniu jeszcze większą miłością zapałałem do kuchni chińskiej. W Państwie Środka intensywnie spędziłem niemalże rok – część na nauce na uniwersytecie, część na eksplorowaniu zarówno najpopularniejszych atrakcji turystycznych, jak i na zapuszczaniu się w miejsca gdzie Biały jest widokiem równie rzadkim co Yeti. Jest to kraj zachwycający swoim pięknem i zmuszający do przedefiniowania w człowieku wielu przekonań i pojęć. Jedną z pierwszych uderzających obcokrajowca rzeczy jest skala – odległości, działań, przepychu, ludności… i smaku. Wachlarz oferowanych przez chińską kuchnię doznań kulinarnych jest niepowtarzalny.

Zapomniane przez czas Fenghuang (凤凰). Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Zapomniane przez czas Fenghuang (凤凰). Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Gaszenie pożaru kubków smakowych

Należy pamiętać, że Chiny powierzchnią przypominają Europę, a ich prowincje – państwa. Dlatego też ciężko pisać ogólnie o „chińskiej kuchni”. Choć na co dzień mieszkałem w zachodniej prowincji Jiangsu, gdzie lubi się zjeść tłusto i słodko, nie miałem najmniejszego problemu z dostępem do restauracji specjalizujących się w przysmakach z innych części kraju. Tak też zaczęła się moja przygoda z kuchnią syczuańską. Zapisana w świadomości Europejczyków jako bezkonkurencyjnie najpikantniejsza, w rzeczywistości wciąż rywalizuje o to miano z kuchnią prowincji Hunan. Nie zmienia to faktu, że pierwsze tygodnie degustacji upłynęły mi na gaszeniu pożaru kubków smakowych. Dalej było już tylko bajecznie – wieprzowina w czerwonej zupie (shuizhu niurou) i tofu na ostro (mala doufu) zawładnęły moim podniebieniem.

Azja, Jedna z pierwszych degustacji chińskich specjałów. Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Jedna z pierwszych degustacji chińskich specjałów. Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Nie spać, zwiedzać

W zależności od okoliczności miałem możliwość testowania najróżniejszych twarzy chińskich kulinariów. W czasie samotnej wędrówki przez przeszło 10 000 kilometrów mierzyłem się z fantastycznymi formacjami piaskowców w Parku Narodowego Zhangjiajie, zaszywałem się w zapomnianych przez czas miasteczkach jak np. Fenghuang, pokonywałem najgłębszą dolinę świata – Wąwóz Skaczącego Tygrysa, – zachwycałem się widokiem pand w Chengdu i spacerowałem po Wielkim Murze Chińskim.

[slideshow_deploy id=”2838″]

Ciasteczka z kurzej krwi i inne specjały

W tym samym czasie przyszło mi zachwycać się zarówno serwowanym na owiniętym w jednorazową reklamówkę talerzu smażonym ryżem z warzywami, ciasteczkami z kurzej krwi jak i fundowanymi mi przez Chińczyków homarami. Okazało się bowiem, że pomimo sporej niechęci, jaką żywią wobec siebie Japończycy i Chińczycy, obie strony przepadają za ucztowaniem w gronie znajomych. Dlatego też i w Państwie Środka wyjścia „na piwo” na ogół kończyły się w restauracyjkach, gdzie w zestawie do złocistego trunku serwowano, w odróżnieniu do japońskiego sushi i sashimi, wątróbkę po syczuańsku (ganyao hechao), czy moje ukochane tieban rousi (mięso z warzywami na gorącym talerzu). Inna strona medalu jest taka, że po powrocie do Polski większość dań przestała mieć dla mnie jakikolwiek smak, a najlepszym towarzyszem posiłków stały się chili i pieprz. Myślę, że śmiało mogę stwierdzić, iż Syczuan permanentnie rozłożył moje kubki smakowe na łopatki.

[slideshow_deploy id=”2828″]

Mongolia – kraina baraniny

Trzy tygodnie wędrówki po mongolskich stepach, choć nie do przecenienia jako podróżnicze doświadczenie, ciężko nazwać wyzwalającym doświadczeniem kulinarnym. Trudno nie docenić gestu tubylców, którzy na cześć mojego przyjazdu specjalnie zarżnęli barana, jednak testowanie jego dopiero co wyciętych wnętrzności nie należało do radosnych doświadczeń. Nie pomagały argumenty, że jelito wspomaga trawienie, a penis jest dobry na płodność. Niemniej również w Mongolii – kraju tak odmiennym od tych wcześniej przeze mnie odwiedzanych, – wspólny posiłek okazał się niemalże rytuałem. W mojej pamięci ojczyzna Czyngis-chana pozostała jako wroga wegetarianom kraina baraniny; pełna szamańskich obyczajów i bezkresu zieleni.

Mongolskie specjały. Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Mongolskie specjały. Fot. archiwum prywatne Jacka Adamusa

Czego nauczyły mnie podróże?

Choć zabrzmi to jak klisza, faktem jest że każdy z powyższych epizodów nauczył mnie czegoś nowego o życiu i o sobie samym. Różnorodność odwiedzonych przeze mnie światów ukształtowała mnie tym kim jestem w tej chwili. Z większą atencją podchodzę do cudzych przekonań, z pokorą i radością uczę się też innych systemów filozoficznych. Zawsze z uśmiechem na twarzy podchodzę do obcych mi osób, będąc przekonanym, że tak naprawdę gdzieś na wyższym poziomie tworzymy jedność. Pełne śmiechu i kulinarnych uniesień wspólne degustacje lokalnych przysmaków są dla mnie  jednym z tego dowodów.

Menu: