Ziuuung nad przepaścią!

- Cook & go, Garść wiedzy, Kuchnia austriacka, Kuchnia włoska

Można różnie – na Japończyka, na głodnego lub na tyrolkę…
Chociaż ferie zimowe kojarzą się nam z jednym – z zimowym szaleństwem, to patrząc za okno, szału i szaleństwa nie ma. Dlatego chyba lepiej w tym roku sięgnąć po mapę, spojrzeć na nią pobieżnie i postawić na pewniaka. Na Tyrol, krainę, która nazwę swą zapożyczyła od średniowiecznego zamku. Potem warto zrobić sobie plan naszej Zimowej Podróży. Taki zwykły. W punktach. To zawsze pomaga.

Zanim wyruszymy, należy:
1. Wyciągnąć ze schowka/szafy, piwnicy/strychu narty, porządnie je przesmarować i podostrzyć. Równocześnie może jakaś siłownia, trochę nordic walking’u albo po prostu zumba, by mięście (i kolanka) przygotować do wzmożonego wysiłku.
2. Znaleźć przytulne schronisko/zajazd/pensjonat/etc. No, chyba że w notesie mamy zapisanych kilka sprawdzonych adresów. Jeżeli nie, podpytać znajomych. W ostateczności pozostaje net. Obfitość ofert – owszem. Trzeba jednak je uważnie przepatrzeć, bo nie na obfitości nam zależy, ale na jakości. Pomocne jest, że wiele stron internetowych, oferujących akomodację w Tyrolu, dysponuje polską wersją językową.
3. Dobrze się bawić! Jednak jako osoba systematyczna, ten punkt również rozpiszę na podpunkty…

nad przepaścią

A – na stok!
Narciarski urlop w Tyrolu nie może się nie udać. Można mieć stuprocentową pewność, że gospodarze zadbają, by natrostrady były w stanie idealnym lub do niego zbliżonym. Gdyby z powodu jakichkolwiek twistów pogodowych zabrakło naturalnego białego puchu, sztuczny znajdzie się na pewno! No i to słońce! Tu biel śniegu, pęd wiatru we włosach (bardziej realnie, na kasku), a wszystko to omiecione złotymi promieniami słońca. (Z kronikarskiego obowiązku – do wyboru mamy ponad 70 ośrodków, 5 000 tras zjazdowych, z których dzięki ski-passom, można korzystać bez ograniczeń).

B – Po zejściu ze stoku? Możliwości mamy kilka.
1 – spokojny wieczór i popołudnie w znajomym gronie. Przy kominku, szklaneczce albo dwóch grzanego piwa, na rozmowach, wspomnieniach, żartach. Może ktoś wyciągnie gitarę…
2 – gdy drzemie w nas dusza smakosza, można wybrać wykwintne rozkosze podniebienia. A jest w czym wybierać! Południowy Tyrol może poszczycić się najgęstszą siecią restauracji, posiadających gwiazdki Michelin.
3 – odrobina wina. To raczej domena Tyrolu Południowego. Najlepiej pójść w wina lokalne; Lagrein, Gewürztraminer i Vernatsch. A jak zostanie czas i ochota, warto też spróbować Rieslinga, Pinot Blanc, Sauvignon Blanc czy win deserowych. Ach. to wino z południowych zboczy wygrzane słońcem, które w Tyrolu świeci 300 dni w roku.
4 – zwiedzanie (może być na Japończyka czyli bez aparatu ani rusz) W Tyrolu jest co fotografować! Zamki, alpejskie twierdze, kościoły, dawne kopalnie srebra i miedzi, przekształcone w muzea. No i przyroda. Dzika, a jednocześnie dostępna i przyjazna. Będzie co pokazywać znajomym podczas slajdowisk.
5 – przyłożyć ucho. Bo Tyrol to muzyka. Nie tylko (stereotypowo myśląc) jodłowanie. To też orkiestra symfoniczna w Insbrucku, a mniejsze zespoły/kapele/ansamble w każdej niemal miejscowości. W muzykalne ucho łatwo wpadną czyste dźwięki tyrolskich instrumentów.

tyrol

Gdy o wyjeździe do Tyrolu możemy tylko pomarzyć czy poczytać, nie szkodzi. Pozwólmy kubkom smakowym wykonać za nas rekonesans. Bo kuchnia tyrolska to kombinacja produktów z alpejskich łąk i krystalicznej wody z potoków. W tym przypadku będzie, prosto, smacznie i trochę kluchowato. Czas sięgnąć po nasze makarony 100% semoliny i wykorzystać je w przepisie, odnalezionym w magazynie vintage, z ubiegłego wieku, wyszperanym w jednym z alpejskich schronisk… Już wkrótce podzielimy się z Wami tym smakiem!

PS. I żeby was nie zmyliło, że tyrolka to dziwny taniec, wykonywany przez panów w sztylpach i kapelusikach z piórkiem, wspomagany jodłowaniem. Tyrolka to sposób pokonywania przestrzeni będąc podwieszonym na linie w specjalnej uprzęży. Takie ziuuung nad przepaścią.

Menu: